Pisze nie tylko o rządzichach - Gmina Rzgów

Pisze nie tylko o rządzichach

zdjęcie
Prezentujemy wywiad z dr Urszulą Kicińską, autorką licznych artykułów i kilku monografii historycznych na temat życia codziennego kobiety staropolskiej. Autorka pracuje w Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, jest adiunktem w Katedrze Historii Nowożytnej. Pochodzi z Limanowej w Małopolsce. Na studiach poznała Rafała Kicińskiego z Kalina. Pobrali się w 2010 r. a w 2014 r. w Dzień Mamy na świat przyszła córeczka Jana.
Dobrze poznała Pani naszą gminę?
- Dzięki mężowi poznałam zarówno Kalino, jak i Rzgów oraz jego okolice. Lubię zacisze Kalina i chętnie do niego wracam. Teraz zaś, pracując zdalnie, przebywam tutaj bezustannie od niemalże roku. Wydaje mi się, że znam Rzgów, a przynajmniej mam swoje ulubione miejsca. Chętnie robię zakupy w warzywniaku u pani Dorotki, w piekarni Brzozowskich oraz w cukierni Nicińskich. Znam też okolice Kalina, gdyż przemierzam je na rowerze podczas rodzinnych wypraw rowerowych, czy też długich spacerów z psem.

Wiem gdzie znajduje się Szlak Napoleoński oraz cmentarz niemiecki w Kalinie. Znam ponadto historie związane z osadnictwem niemieckim w tej wsi. Na naszej posesji  mieściła się niemiecka szkoła podstawowa. W Kalinie otaczam się wspaniałymi ludźmi, z którymi lubię przebywać i którzy są mi bardzo życzliwi. Chętnie uczestniczę w imprezach zorganizowanych dla mieszkańców Kalina przez Koło Gospodyń Wiejskich oraz Ochotniczą Straż Pożarną. Uważam, że mają one ważne znaczenie integracyjne.


Na jakiej problematyce Pani skupia się w pracy naukowej?
- Moje artykuły i książki traktują przede wszystkim o kobietach z przełomu XVII i XVIII wieku. Znam wiele przykładów niezwykle zaradnych i przedsiębiorczych dam tego okresu. Na uwagę zasługuje m. in. Elżbieta z Lubomirskich Sieniawska (zm. 1726), zwana „królową bez korony” i „rządzichą oleszycką”, która zasłużyła sobie na te tytuły dzięki swej zawziętości, sprytowi oraz niebywałej inteligencji. „Trzęsła” ona znaczną częścią ówczesnej Rzeczypospolitej. Jest ona także doskonałym przykładem kobiety utalentowanej niemalże na każdej płaszczyźnie. Znakomicie zarządzała sztabem swych urzędników folwarcznych.  Pomimo rozlicznych obowiązków, miała też czas na rozwijanie swych pasji: myślistwa i hodowli koni, które kochała miłością szczerą i oddaną.

Jedynym dzieckiem wspomnianej Elżbiety – była Maria Zofia późniejsza Denhoffowa, a następnie Czartoryska. Ta zaś została przez matkę znakomicie wykształcona, gdyż przyjmuje się, że już w wieku czterech lat władała trzema językami obcymi.  A nadmierny rozwój dziewczynki wręcz niepokoił jej matkę. Czy to prawda? Trudno nam zweryfikować, wiadomo jedynie, że w dorosłym życiu Marii Zofii zabrakło rzutkości matki i żyła wpierw w jej cieniu, później zaś jej talent przyćmiła sława jej drugiego męża Augusta Czartoryskiego.


W swych badaniach wraca Pani często do kontaktów swoich bohaterek z Kościołem, a dokładniej do kwestii opieki owych dobrodziejek nad duchownymi świeckimi i zakonnymi.
- Tak. Wątek ten zwany w nauce – działalnością kolatorską, koncentruje się na stosunkach, jakie miały miejsce pomiędzy daną patronką, a znajdującymi się pod jej opieką osobami duchownymi. Jedną z takich postaci była Anna Franciszka z Gnińskich Zamoyska (zm. 1704), podskarbina wielka koronna, która utrzymywała świetne kontakty zarówno z duchownymi katolickimi, jak i prawosławnymi i unickimi. Dama ta uchodzi za dobroduszną i szczodrą ofiarodawczynię.  Wspierała nie tylko istniejące kościoły, cerkwie i zakony, ale fundowała nowe świątynie i kompleksy, wyposażając je w obrazy, naczynia i szaty liturgiczne. W zakres wspomnianej działalności wchodziła także opieka nad ubogimi i chorymi w ramach szeroko pojętej działalności dobroczynnej.

Podejmuje Pani temat owdowiałych magnatek, które potrafiły zrekompensować dzieciom brak ojca. Która z tych kobiet dawała najlepszy przykład?
- Analizowałam udział wdów w wychowaniu swych dzieci i pasierbów, pochodzących z poprzednich związków ich kolejnych mężów. Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim, kobieta szczególnie mi bliska, czyli Marianna Konstancja z Potockich Szczukowa (zm. 1723). Wzięła na siebie trud wychowania dwóch, nieco niesfornych synów, organizując dla nich podróż po Europie. Owa podróż co rusz przerywana była przez szalejącą w pierwszej dekadzie XVIII wieku zarazę.

No, właśnie, jak to bywało w ówczesnych wiekach z medycyną?
- W swych rozważaniach naukowych na temat zdrowia i dbania o nie, pomocne okazują się przede wszystkim staropolskie zielniki, będące skarbnicą wiedzy o ówczesnych schorzeniach i metodach ich leczenia za pomocą ziół, wódek, naparów, syropów, czy też szlachetnych metali i kamieni. Temat ten jest niezwykle ciekawy, gdyż analizuję go także pod kątem płodności i bezpłodności ówczesnych ludzi, i stosunku do posiadania, bądź braku dzieci w rodzinach staropolskich. Mówiąc o chorobach nie wolno zapominać o tym, że ówczesna medycyna oparta była przede wszystkim na wiedzy i doświadczeniu zielarek i znachorek, gdyż dostęp do wykształconych lekarzy był mocno ograniczony nawet dla przedstawicieli magnaterii i bogatej szlachty.

Badając problematykę ówczesnych – na ogół trudnych do wyleczenia chorób - nasuwa się od razu pytanie o stosunek wobec śmierci.
- Śmierć w duchowości barokowej i mentalności ludzi tamtego okresu odgrywała znaczące miejsce. Życie ziemskie postrzegane było w tym czasie jako wędrówka, która bezsprzecznie doprowadzić miała do jednego celu, czyli śmierci. Stąd rozważaniom o niej podporządkowano właściwie całe życie ludzkie, starając się przypominać o kresie życia niemalże na każdym kroku. Tworzono specjalne kazania o śmierci, ćwiczono się w umieraniu, zachęcano do wstępowania w szeregi bractw religijnych, które miały na celu wypraszanie dobrej i spokojnej śmierci. Ta zaś, jak wówczas uważano, nie była nagła, a raczej poprzedzała ją długoletnia choroba, dająca szansę na – poprawę swego zachowania oraz żałowanie i zadośćuczynienie za popełnione w życiu błędy, spisanie testamentu, pojednanie się z bliskimi oraz przyjęcie sakramentów świętych.

Czy śmierć członka rodziny powodowała jej trwały rozpad bez względu na to, czy dotyczyła ona któregoś z małżonków czy też dziecka?
- Stosunek do dziecka w epoce nowożytnej był nieco inny, niż obecnie. Nie wolno jednak zapominać, że dzieci kochano bardzo mocno. W przypadku śmierci męża, kobieta wchodziła w okres wdowieństwa i to jak radziła sobie w tym stanie, tak naprawdę zależało od majątku, który zostawił jej zmarły mąż oraz od jej charakteru. Wskazać można wiele znanych i zacnych wdów, które znakomicie odnalazły się w rodzinie i społeczeństwie po śmierci swych małżonków. Do wyjątkowo zaradnych należała – Anna Katarzyna z Sanguszków Radziwiłłowa (zm. 1746), kanclerzyna wielka litewska, która zajmowała się pomnażaniem rodzinnego majątku, trudniąc się rolnictwem i przemysłem, posiadając nie tylko rozliczne majątki ziemskie, ale także kilka manufaktur (np. szkła).

Jakie były relacje poddanych z wdową?
- Za wszelakimi sukcesami danej kobiety stały nie tylko koneksje i pozycja jej zmarłego męża, ale także poddani, którzy w zamian za lojalność i dobrą służbę, liczyć mogli na wsparcie i uznanie ze strony swych dobrodziejek. Tak właśnie postępowała wspomniana Anna Katarzyna Radziwiłłowa, u której na służbie znajdowało się ponad sto osób. Księżna Radziwiłłowa słynęła z tego, że dobrze i sprawiedliwie traktowała swych poddanych, sowicie im płacąc i obdarowując ich licznymi dobrami materialnymi.

W jakie najważniejsze wydarzenia obfitowało życie codzienne w rodzinach staropolskich? 
- Rytm świąt narzucał przede wszystkim kalendarz liturgiczny, który dzielił rok na dwa istotne okresy – Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy. W przypadku świąt o charakterze prywatnym do najważniejszych należały – chrzty, śluby oraz pogrzeby. Szczególnie, ostatnie z wymienionych celebr, miały wyjątkowo uroczysty charakter. Pogrzeb był bowiem wydarzeniem parateatralnym, podczas którego scenę stanowił odpowiednio przystrojony kościół, aktorami zaś był zmarły spoczywający na katafalku oraz ludzie, biorący udział w tej uroczystości.

Zdarzało się, a miało to miejsce przede wszystkim podczas pogrzebów żołnierskich, że do kościoła na koniu wjeżdżał tzw. archimimus. To aktor przebrany za zmarłego w pełnym uzbrojeniu. Dochodząc na koniu do katafalku – ostentacyjnie z niego spadał. Scena ta miała symboliczny wydźwięk, jednakże niejednokrotnie prowadziła do spłoszenia się konia, który tratował, a nawet zabijał zgromadzone na uroczystości osoby. Ważną rolę w tym wydarzeniu odgrywał również kaznodzieja, który zajmował się wygłoszeniem mowy funeralnej, przygotowanej specjalnie tak, by przede wszystkim wychwalić zasługi i cnoty zmarłego.


Mam nadzieję, że na spotkaniu autorskim w Gminnej Bibliotece Publicznej w Rzgowie będzie możliwość zadania Pani więcej pytań. O jego terminie poinformujemy.

Włodzimierz Kupisz
powrót